Piotr Prokopiak „Ostatnia tajemnica ojca”

Mój ojciec (ziomal Kargula i Pawlaka) zawsze ma rację. Rówieśnik Stachury, który bez gitary i pióra, w wieku szesnastu lat zwiał spod podlaskiej strzechy na Pomorze. Za młodu robił za zduna i przy okazji, z potrzeby ciepła, poznał matkę… Następnie wypływał w morze „po śledzia” popularnym „żółtkiem”. Oparty o burtę wpatrywał się w zarys Bornholmu, niczym starożytni żeglarze w cielsko wyimaginowanego Lewiatana.            W końcu sam dosiadł smoka i dokonał niemożliwego… oczywiście z perspektywy współcześnie żyjących, szeregowych beneficjentów reformy Balcerowicza. Jako operator Koparki Linowej KM-251, w podobno „złym PRL-u”, z jednej pensji utrzymał wielodzietną rodzinę. W oczach prostodusznego kilkulatka, rzeczona koparka naprawdę była smokiem. Ogromną bestią, nad którą ojciec w tajemny sposób otrzymał pełnię władzy. Nieraz byłem tego świadkiem, dlatego powyższe słowa są wiarygodne i nie podlegają żadnej dyskusji. Triumf świętego Jerzego jest niczym przy dokonaniach mojego rodziciela. Bo co innego zabić potwora, a co innego ujarzmić i zmusić do posłuszeństwa. Tak przynajmniej mi się wydaje.

            Kiedy powracał do domu, jego ubranie tchnęło wonią tych zmagań. Odnosiłem wrażenie, że cały jest przesiąknięty towotem, olejem napędowym i naftą. Wyciągał z kieszeni kolejnego żołnierzyka zwerbowanego do mojej armii i częstował herbatą „od zająca”. Potem widziałem, jak do późna czytał powieści historyczne. Zazwyczaj dotyczyły czasów piastowskich, choć najbardziej intrygujący był sam fakt zagłębienia w lekturze. Słusznie przewidywałem, że ojciec przekracza niewidzialną granicę i przemierza światy niedostępne dla postronnych. Również zapragnąłem je posiąść. Jednak nauka czytania szła opornie i często kończyła się ucieczką w ustronne, zalatujące naftaliną wnętrze szafy. W końcu nadszedł czas, gdy moje nieporadne dukanie wyewoluowało w miarę sprawne klejenie liter w słowa. Któregoś wieczoru wziąłem z ojcowego stolika opasłe tomisko. Pewny siebie, strona po stronie, doczytałem do końcowej kropki. Oczywiście duma upartego młokosa wzbraniała się przyznać, że nic a nic nie rozumiałem z tej „dorosłej” lektury. Nie wiedziałem, że nawet do pewnych książek trzeba dojrzeć. Zresztą… do niektórych dojrzewam do dziś.

            Pierwsze próby czytelnicze wspominam z sentymentem. Są one trwale związane z osobą taty. To jemu zawdzięczam prawie bałwochwalczą estymę do słowa drukowanego. On również jest kreatorem przyszłej aktywności literackiej swojego syna. Zaprawdę, błogosławione dziecko, które widzi rodzica pochylonego nad książką! W wieku nastu lat byłem już na tyle zaawansowanym bibliofilem, że mogliśmy dzielić się wspólną pasją. Co kilka dni pielgrzymowałem do biblioteki, skąd unosiłem nieprzebrane frukta rodzimej literatury. Kiedy on kończył czytać, to ja zaczynałem… i na odwrót. Mało tego! To właśnie w tym okresie napisałem swoją pierwszą powieść. Wtedy oczywiście nie miałem śmiałości, aby wyznać to przed światem. Czynię to teraz, gdy popiół po spalonym, pierworodnym dziele, dawno rozwiał wiatr, podobnie jak uczucie wstydu z nieporadności tegoż utworu.

            Z końcem ósmej dekady ubiegłego wieku nastąpił dramat. Ojciec od urodzenia zmagał się z wadą wzroku, wciąż postępującą, z dnia na dzień wydłubującą resztki światła z oczu. Nagle przyśpieszyła, stając się główną przyczyną niezdolności do pracy zawodowej. Na nic się zdały wizyty u lekarzy. Choroba nie sfolgowała, doprowadzając go do całkowitej ślepoty. To trudne do wyobrażenia… nie widzieć nic! Nie móc wędrować po zadrukowanych stronicach! Czy może być coś bardziej okrutnego dla nałogowego czytelnika? Dzisiaj, kiedy sam jestem autorem kilku publikacji książkowych, mogę tylko ubolewać, że nie było mu dane osobiste zaznajomienie z twórczością własnego potomka. Zapewne dla niego marna to strata, gdyż w dorosłym życiu odbiegliśmy od siebie, tak w upodobaniach, jak i poglądach.

            Jakoś odnalazł się w ociemniałym świecie. Chodzi na pamięć ulicami i często można go spotkać siedzącego na  ławce lub spacerującego w szczecineckim parku. Ma twardy charakter i żelazną kondycję, której może mu pozazdrościć wielu, nie tylko rówieśników. Wszyscy jego kumple z bloku dawno odeszli, a on nadal trwa na straży pamięci przemijającego pokolenia. Kiedy ukończył osiemdziesiąt jeden lat, wyjawił mojemu synowi ostatnią tajemnicę, swój wielki plan…

            – Gdy wszyscy już pomrą, to wrócę na wieś! – oznajmił z charakterystycznym dla siebie, sardonicznym dowcipem. Z kontekstu wynikało, że ma na myśli grono swych dzieci i wnuków.

            Jak już wspomniałem: ojciec zawsze ma rację. Toteż przytoczoną deklarację traktuję z powagą i dużą dozą prawdopodobieństwa. Dlaczego miałbym mu nie wierzyć? Dlaczego akurat w tej jednej kwestii mógłby minąć się z prawdą? Od dłuższego czasu podejrzewałem… ale teraz, jestem w zupełności pewien… Jakkolwiek to zabrzmi nieprawdopodobnie, mogę stwierdzić z całą stanowczością: ojciec jest wieczny! Nawet gdyby pojawiły się pogłoski o jego śmierci. Nawet gdyby nam pokazali leżące w trumnie jakieś łudząco podobne do niego ciało… Ja i mój syn Jeremiasz będziemy wiedzieć swoje. Nie damy się zwieść staremu spryciarzowi. Po prostu, być może ojciec, zniecierpliwiony naszym przyzwyczajeniem do życia, postanowił nie czekać i zwyczajnie… zrealizował obietnicę.

            Nam pozostanie kontemplacja wizji wielkiego powrotu ojca. Przypuszczam, że pod Ciechanowiec, gdzie rzeka Nurzec, wciąż pluszcze najpiękniejszą melodię jego dzieciństwa.

Opowiadanie zawarte jest w książce pt. „Autystyczny las” – publikacja z 2019 r.